RUSAŁKA


 

Jaskrawe promienie wschodzącego słońca przedarły się przez migotliwą zasłonę drżących, osikowych listków i oświetliły spokojną twarz śpiącego mężczyzny. Pomimo licznych ran i oparzeń, jego organizm szybko regenerował uszkodzone tkanki. Zamykał naczynia krwionośne, nie pozwalając im utracić cennej, życiodajnej substancji, która roznosiła po całym ciele niepohamowaną wolę życia. Z trudem uniósł sklejone powieki i rozejrzał się wokół, ze zdziwieniem zauważając coraz to nowsze szczegóły otoczenia.

Posłanie, na którym leżał, nie było zwykłym leśnym poszyciem. Powiązane w pęczki naręcza krwawnika i babki, przeplecione różnymi innymi ziołami – których przeznaczenia mógł się tylko domyślać – stanowiły zarazem leże, jak i leczniczy okład dla jego poranionych pleców. Na brzuchu, w miejscu gdzie zaostrzony kołek przebił wnętrzności, leżał wilgotny lniany kompres pachnący miętą i miodem pszczelim. Tuż obok jego głowy z gałęzi osiki zwisał brzozowy kubek, a za nim… Za kubkiem z mglistej i migotliwej mozaiki rozbłysków słońca, na tle niespokojnie tańczących liści wyłoniły się wielkie, intensywnie wpatrzone w niego zielone oczy.

Przemknęło mu przez myśl, że ta ospałość i otępienie może być wynikiem jakichś ziół lub magii, lecz przyjazny, miły uśmiech czuwającej nad nim dziewczyny uspokoił jego obawy. Z ulgą i poczuciem bezpieczeństwa zapadł znów w kojący, uzdrawiający sen, zabierając ze sobą pod powiekami obraz jej ślicznej buzi o kształtnych, koralowych ustach, maleńkim zadartym nosku i ogromnych, szmaragdowych oczach podkreślonych czarniejszymi od węgla rzęsami i brwiami.

* * *

Gryzący w nos zapach płonącej żywicy ocucił go i wyrwał z nieprzytomnego otępienia. Wokoło szary mrok otulał odarte z kory kikuty martwych drzew, sterczących smętnie z tafli rozlewiska. Wzgórek, na którym znajdowało się jego wymoszczone ziołami legowisko, wyłaniał się z wody pośrodku rozległej pradoliny, wyrzeźbionej przez wody polodowcowej rzeki. Dziś dnem doliny płynął zaledwie leniwy strumień. Jesienne deszcze, które nadeszły zaraz po żniwach, nasączyły ziemię i spłynęły z okolicznych moren1 na dno podmokłego jaru i zalały leśne ścieżki.

Dym pochodził z niewielkiego ogniska roznieconego na samym skraju wysepki. Jego blask przenikał przez misterną, wiklinową plecionkę, która stanowiła ścianę i zarazem dach jego schronienia. Nad ogniem pochylała się kobieta w znoszonej, lnianej sukni. Od razu przypomniał sobie o dziewczynie, którą ujrzał o poranku. Wychylił się ciekawie zza wiklinowej osłony, aby się jej przyjrzeć, ale ostry ból w brzuchu przywołał go zaraz do rzeczywistości. Powoli z zakamarków pamięci zaczęły wyłaniać się sceny dramatycznej walki i pościgu przez podmokłą knieję.

Mam jednak niesamowite szczęście! – pomyślał, opierając głowę o chropowaty pień olchy, który stanowił główną konstrukcję jego schroniska. – Już po raz drugi uchodzę przed pogonią morderców i padam bez życia gdzieś w lesie… ale zawsze ktoś mnie znajduje i kuruje ze śmiertelnych, zdawać by się mogło, ran. Jestem jakimś wybrańcem, ulubieńcem Boga, czy też Bogów? No nie. Bez przesady. Wnosząc po tym, co mnie ostatnio spotkało, pomyśleć by można, że Bogowie w ogóle o mnie nie dbają. Nie obchodzę ich ja ani moja dusza. Na pewno jednak dba o mnie mój zły cień”. – Tak mówiąc do siebie w duchu, uniósł lekko zakrwawiony kompres, który zasłaniał fatalną dziurę w trzewiach.

Rana była głęboka i przerażająca, ale nie ropiała, lecz zasychała. Jej brzegi, chociaż opuchnięte i zaczerwienione, miały wygląd zdrowej tkanki, która niebawem zacznie się regenerować. Z pewną ulgą stwierdził w duchu, że jego lokator nie opuścił go w tej rozpaczliwej opresji, że nadal z nim jest i pomaga odzyskać siły.

Od strony ogniska usłyszał szelest kroków. Kobieta zbliżyła się do niego, w dłoniach trzymała gliniany garnczek, z którego parowała aromatyczna mieszanka ziół. Widząc, że odzyskał przytomność, zatrzymała się zdziwiona. Przyglądała mu się uważnie przez dłuższą chwilę. Po czym ostrożnie odstawiła gorące naczynie i pochyliła się nad Jarogniewem, wpatrując się przenikliwym wzrokiem w jego oczy. Nie była to tamta czarnobrewa dziewczyna, którą zobaczył o poranku. Kobieta była stara i przygarbiona. Jej poorana zmarszczkami, ogorzała twarz przynosiła na myśl wspomnienie z dzieciństwa, gdy po raz pierwszy matka zaprowadziła go do wiejskiej wiedźmy. Był wtedy chorowitym dzieckiem. Matka, pomimo zakazu ojca, udała się z nim do wiedzącej uzdrowicielki.

Kim jesteś? – zapytała twardym głosem kobieta, przeszywając go na wskroś podejrzliwym spojrzeniem.

Człowiekiem! – odparł bez zastanowienia, spinając mimowolnie mięśnie brzucha, co spowodowało tylko świdrujący ból, przez którego zajęczał żałośnie.

Jakbyś był chłopcze człowiekiem, to nie gotowałabym ci teraz szałwii, tylko kopała dół! – Starucha odwróciła się i zaczęła szukać czegoś w leżącej nieopodal płóciennej torbie.

Jestem wojem księcia z Giecza – upierał się Jarogniew słabym głosem.

Nie wiedział, czy jeśli się przyzna, nie przerazi wiedźmy i nie ściągnie na siebie jej nienawiści. Sama myśl, o potwierdzeniu takiego faktu, przejmowała go niewypowiedzianą zgrozą. Nie chciał przyznać się do swej demonicznej natury, choć czuł, że ona jest jej świadoma.

Dobrze już – wysapała uspokajająco, pochylając się nad jego okrwawionymi nogami. – Muszę ci oczyścić rany. Pełno w nich błota i liści. Naści, zagryź to mocno! – Podała mu do ust patyk owinięty krajką. – Święta Pani! – kobieta cofnęła odruchowo rękę. – Ależ ty masz wielkie zębiska!

Nie uciekła jednak, tylko spokojnie wepchnęła mu ten patyk w zęby, po czym zajęła się obmywaniem i opatrywaniem jego poranionych nóg. Jarogniew, zmieszany i zaniepokojony tym, co zobaczyła wiedźma, nerwowo wodził językiem po zębach. Wydawało mu się, że są zupełnie normalne, ale może to było tylko jego indywidualne odczucie? Może właśnie demon postanowił sam przedstawić się uzdrowicielce? Nie miał pojęcia, co ona o nim może wiedzieć. Chyba jednak nic strasznego, skoro nadal mu pomaga… Mimo wszystko, żałował w duchu, że śliczna dziewczyna z porannego snu, okazała się tylko sennym widzeniem.

Chwila, w której o tym pomyślał, była zaledwie mgnieniem. W następnej bowiem minucie tępy, nieznośny ból wstrząsnął jego umysłem. Cierpienie, jakie sprawiał mu nóż w rękach kobiety, oczyszczającej jego rozdarte udo, sparaliżowało wszystkie inne myśli. Wyprężył się na legowisku i zacisnął mocno swe, bez wątpienia, całkiem normalne zęby, aby nie wyć jak demon.

Kobieta z dezaprobatą spojrzała na niego przez ramię.

Dyć lepiej by ci było synku, jakbyś se zemglał! – poradziła.

Nie znajdując nic niewłaściwego w jej słowach, postanowił skorzystać z dobrej rady uzdrowicielki.

Zajęta zamykaniem paskudnej rany kobieta nie zauważyła, że coraz dłuższe cienie rzucane przez martwe drzewa zaczęły już wpełzać na piaszczysty brzeg wyspy. Mrok wieczorny jak szara mgła przesączał się pomiędzy pniami i gasił połyskliwe refleksy światła ślizgające się po tafli nieruchomej wody. Niezadowolona z tego, że dała się tak zaskoczyć podstępnie nadchodzącemu wieczorowi, skończyła szybko bandażować rozerwaną nogę rannego i pozbierała swoje narzędzia oraz naczynia do płóciennej torby. Od strony kępy tataraku dobiegł ją głośny plusk. Wzdrygnęła się i mamrocząc pod nosem modlitwę do Zielonej Matki, skierowała się na przeciwny brzeg wyspy, gdzie czekała jej stara, pokryta porostami łódka.

Nie miała powodu obawiać się wodnych panien. Same ją przecież tu zaprosiły. Czuła się jednak nieswojo w towarzystwie leśnych boginek, które, jak by nie patrzeć, były zabójczymi istotami powstałymi z martwych ciał nieszczęśliwych dziewcząt. Już siedziała w łodzi i sumiennie odpychała się wiosłem od kęp wodorostów, gdy zauważyła szczupłą postać zbliżającą się do łoża dziwnego młodzieńca, którego podjęła się leczyć.

Zgodziła się wyłącznie z ciekawości, mając absolutną pewność, że potworna dziura w jego brzuchu jest raną śmiertelną, przez którą niebawem uleci z niego życie. Nigdy dotąd jednak, w całym swoim długim życiu, nie zbliżyła się do niej żadna rusałka. Kim musiał być dla niej ten poraniony chłopak, skoro wyszła z bagien i pokaleczyła nienawykłe do chodzenia stopy na żwirowej ścieżce, pokonując taki kawał drogi do jej samotnej chaty, aby poprosić o pomoc?

Przyszła, stanęła milcząco przed wejściem i wpatrywała się w nią z takim błagalnym wyrazem twarzy, że nie musiała nic mówić.

Może one w ogóle nie mówią? – pomyślała znachorka. – W końcu są przecież martwe! Co prawda, wabią nierozważnych chłopców, ale do tego przecież nie potrzeba słów…”.

Leśna panna, która po nią przyszła, poprowadziła ją wprost do brzegu jeziora, gdzie wiedźma ukrywała w trzcinach swoją łódkę. Tyle słyszała wcześniej o rusałkach, wiłach i brzeginkach, ale nigdy jednak nie widziała ich z bliska.

Jak taka blada topielica o sinych ustach i podkrążonych oczach, mogłaby kogokolwiek skusić?” – myślała z niedowierzaniem, przyglądając się dziewczynie. Osobiście nie miała zbyt dobrego mniemania o inteligencji mężczyzn. Szczególnie jeśli chodziło o młodych chłopców, ale ta szara, zabiedzona istota budziła w niej wyłącznie litość.

Brzeginka pomogła jej zepchnąć łódź na wodę, po czym się w niej zanurzyła. Dopiero wtedy kobieta otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Ciało rusałki nagle nabrało kolorów i kształtów. W mgnieniu oka zmieniła się w ponętną i zmysłową piękność. Niebawem, nie wiadomo skąd, przyłączyły się do nich jeszcze dwie inne. Pomyślała wtedy, że może niezbyt ostrożnie postąpiła, dając się tak łatwo omamić i zwabić na bagna. Przecież z tego właśnie znane były rusałki…

Babska ciekawość jednak zwyciężyła. Popłynęła za nimi, a te wskazały jej drogę do zagubionej wśród bagien wysepki.

* * *

Obudził go jasny krąg księżyca, wpatrujący się w jego twarz z wścibską ciekawością. Noc była wyjątkowo jasna, ale do tego Jarogniew zdążył już przywyknąć. Widząc ten księżyc, instynktownie poczuł wilczy głód skręcający trzewia.

Czy to już pełnia? No nie, jeszcze nie całkiem! Świetlisty dysk księżyca nie wypełnił się jeszcze w kształt idealnego okręgu” – pomyślał. Dopiero po chwili zrozumiał, że nie jest sam.

Ze zdumieniem przyglądał się kształtnym plecom i pośladkom śpiącej obok dziewczyny, która przez sen obejmowała go ramieniem i udem, przygniatając go nieco swoim drobnym ciałem. Zaniepokoił się w pierwszej chwili, gdy zdał sobie sprawę z tego, jaka ona jest chłodna. Pomyślał, że może jest nieżywa, ale zaraz się uspokoił. Zauważył, że miarowo oddycha, wspierając się piersiami o jego rozpaloną gorączką skórę. Kompletnie nie wiedział, co o tym myśleć. Dotyk jej ciała koił i uspokajał jego nadwyrężone stresem, wciąż jeszcze spięte i gotowe do dalszej ucieczki, nerwy. Leżał tak, bez ruchu, obawiając się spłoszyć jej sen i stracić ten cudowny widok, jaki pochłonął w całości jego uwagę.

Rano nie mógł uwierzyć, że to był tylko sen. Nieporadnie, jak stuletni starzec, podźwignął się z posłania i utykając, z trudem łapiąc równowagę, podążył do pobliskiego brzegu wyspy. Potworne pragnienie, które wysuszyło mu usta, zmusiło go do podjęcia wysiłku. Musiał dobrnąć do skraju wody. Najchętniej byłby się w niej cały zanurzył, lecz zatrzymał się po kilku krokach i znieruchomiał wsparty o pień młodej osiki.

Na tworzącym naturalny pomost, porośniętym mchem pniu zwalonego drzewa, siedziała dziewczyna z jego snów i moczyła nogi w wodzie. Przez chwilę przyglądał się jej oczarowany. Kiedy się jednak poruszył, spostrzegła go i błyskawicznie zeskoczyła z pnia. Podbiegła, rozbryzgując wodę, aby go objąć i podeprzeć.

Nie wstawaj, jeszcze na to za wcześnie! – powiedziała i pomogła mu wrócić na wygodne legowisko.

Nie miał dość siły, aby zaprotestować. Potem przyniosła wody w brzozowym kubełku. Zanim wypił, spojrzał głęboko w jej cudownie zielone oczy.

Uratowałaś mnie. Byłbym tam zdechł od ran jak pies – wyszeptał, bo wysuszona na wiór krtań odmówiła współpracy.

Uśmiechnęła się tylko skromnie i podsunęła mu kubek do ust.

Jak mam cię zwać? – zapytał, wpatrując się zachłannie w kształt jej koralowych, wydatnych warg.

Wierzbka – uśmiechnęła się onieśmielona jego fascynacją. – Tak wołają na mnie siostrzyczki.

Poprawiła niesforny kosmyk włosów, spadający jej uparcie na oczy. W jej płowych, długich włosach, wciąż jeszcze mokrych po porannej kąpieli, zaplątały się pędy zielonych wodorostów.

Dopiero wtedy spostrzegł, że palce prawej ręki miała owinięte liśćmi babki.

Co z twoimi palcami? – zapytał, chwytając ją za dłoń.

Żelazne groty – odpowiedziała skromnie. – Poparzyły mnie, kiedy wyciągałam je z twoich pleców.

Jarogniew w naturalnym odruchu wdzięczności przytulił jej dłoń do swych ust, a ona zawstydziła się i ukryła twarz w jego bujnych włosach. Trwali tak długo, pozwalając sobie nacieszyć się bliskością, jakiej oboje nie zaznali w swym życiu zbyt wiele.

Wcześniej, jeszcze na Morawach, Jarogniew był zbyt młody i zbyt zajęty służbą w grodowej straży, aby szukać towarzystwa kobiet. Później, po bitwie, za bardzo obawiał się swej drugiej, nieludzkiej natury, aby pozwolić sobie na romantyczne zauroczenie. Owszem, podobały mu się polańskie dziewczęta. Nigdy dotąd nie poznał jednak takiej, która obudziłaby w nim to niezwykłe, nieprzeparte pragnienie podzielenia się z kimś swoim ciepłem.

Rany na plecach i nogach goiły się szybko i bez komplikacji. Jedynie dziura w brzuchu, pomimo że opatrzona i leczona wywarami z ziół, wciąż sprawiała mu ból i ograniczała ruchy. Nawet przejście kilku kroków czy pochylenie się nad lustrem wody powodowało zatrzymujące oddech cierpienia.

W południe przypłynęła znowu starsza uzdrowicielka. Ucieszyła się z dobrej kondycji młodzieńca, ale wciąż mamrotała pod nosem zaklęcia i narzekała na nieporadne zwoje opatrunku, który zsuwał się z jego brzucha przy każdej próbie opuszczenia legowiska. Wierzbka, która zawiązała mu dziś ten kompres, zniknęła nagle bez słowa, kiedy tylko starucha wkroczyła na piasek wysepki.

Rozglądał się wokół, lecz nie zobaczył jej nigdzie. W końcu dał za wygraną, domyślając się, że pewnie nie przepadają za sobą i dlatego nigdy nie widział ich obu jednocześnie.

Wiedźma rozpaliła małe ognisko i przyniosła z łodzi garnek rosołu, którym zaczęła go karmić dużą drewnianą łyżką. Przyglądała mu się z ciekawością, ale nie skomentowała wilczego apetytu, z jakim pochłaniał pożywną potrawę. Dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo był głodny. Widok dna glinianego garnuszka wywołał na twarzy Jarogniewa taki wyraz żałości, że kobieta uśmiechnęła się zadowolona. Pogłaskała jego owłosione przedramię i powiedziała pocieszającym tonem:

Dość będzie na dzisiaj, żarłoku. Dość będzie. Co by ci się brzucho nie rozdęło, bo całe to kurowanie na darmo pójdzie.

Przed wieczorem, kiedy krwisto czerwony krąg słońca dotknął czubków najwyższych buków, uzdrowicielka zapakowała swój dobytek do łodzi i odpłynęła, chlupiąc miarowo wiosłem.

W tej samej niemal chwili z jeziora wynurzyła się z wody Wierzbka. Wyskoczyła na brzeg i zaczęła wyciskać wodę z włosów. Jarogniew patrzył jak urzeczony, jak unosi się z klęczek i idzie w jego kierunku. Ociekająca lniana sukienka oblepiała mokre ciało dziewczyny, uwydatniając i podkreślając wszystkie kształty i dorodne okrągłości, których widok wzburzył w nim krew. Dopiero gdy stanęła tuż nad nim, zdołał oderwać wzrok od jej piersi. Wtedy ujrzał, że w zębach trzyma rybę.

Jak dotąd domyślał się tylko, kim naprawdę jest jego opiekunka. Teraz nie mógł już mieć wątpliwości. Wierzbka była rusałką! Wcale mu to jednak nie przeszkadzało. Ryba zaś, była naprawdę smaczna!

1Morena – wzgórze morenowe pochodzenia polodowcowego.

Lestek z Piastów


 
Z uporem mrużąc oślepione zachodzącym słońcem oczy, Lestek wpatrywał się uważnie w postacie wojów zgromadzonych przed bramą grodu.

Jeszcze nigdy rodzinny gród Piastów – Giecz – nie przeżył oblężenia wrogich wojsk. Odkąd wzniesiono potężne wały – które zbudowano z bali dębowych przekładanych tłustą gliną i kamieniami – nikt nigdy nie próbował zdobywać gniazda Piastów. Wręcz przeciwnie. Piastowic Ziemowit – jego ojciec – nawiedził ze swą drużyną niejedno okoliczne plemię. Zmusił do uległości wiele wsi i gródków rozsianych wokół Gdecza. Tak bowiem, w języku ojców, nazywano bagna i trzęsawiska, pośrodku których wzniesiono siedzibę rodu.

Najeźdźców nie było wielu. Zaledwie trzy setki niewyspanych i zmęczonych wojów, z których mniej niż połowa miała konie. Rozłożyli obozowisko na sąsiednim pagórku wystającym z wody jak czerep zatopionego olbrzyma. Obecnie tylko wąski pas rozlewiska, obrośnięty na obu brzegach łanem tataraku, dzielił ich od bramy grodu.

Byłaby to niezdobyta forteca, gdyby nie most. Szeroki z ociosanych gładko dębowych bali, zapraszał do bram wszystkich podróżnych. Także tych nieproszonych. Zdawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, jak go spalić. Wystarczyło wyczekać, aż wróg wejdzie na przeprawę i stłoczy się pod bramą. Łucznicy zasypią most gradem strzał. Potem wystarczy podpalić przygotowane wcześniej beczki ze smołą i usmażyć napastników. Taki właśnie, genialny w swojej prostocie, był plan obrony grodu.

Goście jednakże czekali. Wbrew oczekiwaniom, nie weszli na most, lecz zatrzymali się na podgrodziu. Za daleko na celny strzał z łuku, ale dość blisko, aby przyjrzeć się dokładnie napastnikom. Nie wyglądali na żądnych krwi awanturników ani nie zachowywali się agresywnie. Żadnego potrząsania uniesionymi włóczniami, żadnych bojowych okrzyków. Za to wszyscy byli uzbrojeni w drogocenne kolczugi i skórzane kaftany, wielu miało też miecze. Nie była to bezładna zbieranina rabusiów czy zbuntowanych kmieci, tylko karna i zorganizowana drużyna.

Niestety, Giecz nie miał aż tylu uzbrojonych wojów. Chociaż obrona grodu o tak wyniosłych wałach jest dużo łatwiejsza niż ich zdobywanie. Lestek westchnął z ulgą, widząc zieloną gałąź wierzby w ręce jednego z członków zbliżającej się do bramy delegacji. Podeszli na tyle, aby można było usłyszeć głos posła, po czym najroślejszy z przybyłych wykrzyczał:

Sława czcigodnemu Siemowitowi z rodu Piastów! Kniaź Świętopełk Mojmirowic pozdrawia Cię Panie i prosi o gościnę w Twoim grodzie.

Jak to Świętopełk?” – Przez głowę Lestka przeleciały imiona wodzów sąsiednich plemion. Żaden nie nosił takiego imieniska. Świętopełk zwany Wielkim, władca Moraw, nie żył już od dawna. Jego synowie walczyli zażarcie o spuściznę po nim. Wykrwawili swój kraj, a potem, gdy ogarnęli ich koczowniczy Węgrzy, nie obronili swej ziemi. Wieści o klęsce Morawy dotarły tu już wcześniej wraz z kupcami ze wschodu.

Skąd tu, w Gieczu, armia Morawian z jakimś Świętopełkiem? Po co tu przyszli?” – zastanawiał się.

Niech wystąpi sam i samotrzeć1 podejdzie do bramy! Powitam swojaka ja, Lestek Siemowitowic! – krzyknął z całych sił, licząc, że nie załamie mu się głos drżący z emocji.

Kiedy zbiegał z wieży bramnej, oczami duszy ujrzał smutną twarz Mirki – pierwszej żony, którą pojął z woli ojca, dwanaście lat temu. Pomimo że nie towarzyszyła mu długo, rysy twarzy morawskiej księżniczki zapamiętał na całe życie. Została ona przysłana do kraju Polan jako żona i gwarancja umowy międzynarodowej zawartej przez Świętopełka z Siemowitem Piastowicem.

Ze zgrzytem drewnianych zawiasów czterech silnych wojów uchyliło ciężkie skrzydło grodowej bramy. Lestek poprawił pas i przesunął na bok przytroczoną doń pochwę miecza. Nie powinien był wychodzić do gości z bronią. To prawda, ale przecież goście stali u jego wrót zbrojną kupą, więc jakże to wyjść w samych portkach? Zaraz też pomyślał, że źle i głupio robi, że wychodzi do posłów osobiście. Gdyby okazało się, że to podstępny najazd sąsiadów, wystawiłby się na pewną śmierć, a swoich ludzi pozbawiłby władzy i dowództwa. Nikt jednak z obrońców nie ośmielił się zwrócić mu uwagi, że źle postępuje. Zbyt dobrze znali porywczość i dumę swojego władcy, aby próbować go pouczać. Nigdy nie tolerował doradców ani ograniczeń. Władza na Gieczu była jego. Tylko jego!

Młody, bogato ubrany wojownik, który w towarzystwie dwóch starszych zbrojnych podszedł do bramy grodu, przez chwilę przyglądał mu się z zakłopotaniem.

Jam jest Świętopełk Mojmirowic – powiedział niepewnym głosem. Spodziewał się bowiem powitać starca, sławnego Ziemowita z Polan. Tymczasem przed nim, poprawiając pas opadający na tłustym brzuszku, stał niespełna trzydziestoletni wąsaty mężczyzna i przyglądał mu się bacznie spod zmarszczonych krzaczastych brwi.

A jam, Lestek, syn Siemowita – przedstawił się gospodarz. – Oćca Siemowita nie masz już między nami. Odeszli w pokoju do lepszego świata. Zaledwie opłakaliśmy go i wytrzeźwieliśmy po stypie. Znaliście kniazia Siemowita za żywota? – zapytał.

Nie, panie – odpowiedział gość. – Mój wojewoda, Spitygniew, bawił u was przed laty. – Wskazał skinieniem głowy na przybocznego woja w mocno podeszłym wieku.

Sława ci, kniaziu – pokłonił się wojewoda. – Poznaliśmy się kiedy wchodziłeś w wiek męski. To ja przywiodłem ci córę księcia Mojmira, świętej pamięci ojca obecnego tu Pana Wielkiej Morawy.

Nie pamiętam was, ale witam na mej ziemi. I was również witam, książę. Co sprowadza w te strony? Wszak Morawa daleko. Za górami za lasami, jak mówią.

Upadła Rzesza Morawska. Myśmy ostatni jej synowie – odpowiedział dumnie Świętopełk, ale głuchym i smutnym głosem. – Proszę cię, kniaziu, o schronienie i gościnę. Dla mnie i moich ludzi. – Wskazał szerokim gestem na zgromadzonych na brzegu mokradła zbrojnych. – My tułacze, zdajemy się na twoją wolę. Zachcesz li przyjąć nas pod swój dach, czy odrzucisz wyciągniętą dłoń jak inni, abyśmy poszli dalej szukać ziemi i domu?

Kiedy to mówił, w głowie Lestka kotłowały się sprzeczne i gwałtowne myśli. Już rozumiał, że ma przed sobą niedobitki potężnej armii Morawian wraz z ostatnim, być może, potomkiem wielkiego książęcego rodu. Pokonani i wypędzeni z ojczyzny szukają nowego miejsca dla siebie. Byłby głupcem, jeśli odrzuciłby taki dar od Bogów w postaci trzystu bitnych, doskonale uzbrojonych i wyszkolonych wojów. Gdyby odeszli i założyli swój gród gdzieś w pobliżu, jakimi byliby sąsiadami? Z całą pewnością niebezpiecznymi. Z drugiej strony, wpuszczenie takiej armii do grodu wiązało się z ryzykiem. Jak zapanuje nad nimi, skoro swoich, zdolnych do walki tarczowników, ma zaledwie setkę? Nie, nie wpuszcza się lisa do kurnika.

Czuł, jak pod kaftanem płyną mu po plecach strużki potu. Oto stanął, być może, w obliczu najważniejszej decyzji w swoim życiu. W mgnieniu oka dostrzegł błysk nadarzającej się niepowtarzalnej szansy. Postanowił przyjąć Morawian i ich księcia, a następnie ich sobie podporządkować.

1Samotrzeć (określenie staropolskie) – sam z dwoma towarzyszami, czyli we trójkę.